Hajlajtsy : Paryż - Roubaix


Piekło Północy. Wyścig monument. Brukowane dróżki, połamane rowery i kostka brukowa w nagrodę. Brzmi idiotycznie. Tak naprawdę to przepiękny wyścig legenda. Tegoroczna edycja odbyła się jakiś tydzień temu. Jak zwykle było co oglądać. Wyścig był wyścigiem. Było epicko, teraz trochę bardziej z przymrużeniem oka. Zapraszam na Hajlajtsy.


Geneza wyścigu Paryż - Roubaix: 
Organizator #1 - Słuchaj, policja nie zgodziła się na zamknięcie głównych dróg, nie da rady zrobić tego wyścigu.
Organizator #2 - Trudno, puścimy wyścig boczkiem. Jakoś sobie chłopaki poradzą. 


Mniej więcej jakoś tak powstał jeden z najtrudniejszych wyścigów na świecie. Absolutny Boss Level w grze w kolarstwo.


Lekcja pierwsza: Jak być COOL: Okulary noś zawsze, kiedy nie ma słońca, miej je na czole. Tak jak COOLgoście z OPQS.


Lekcja druga: Gdzie NIE kibicować: Na środku wielkiego ronda pośród krzaków, dokładnie tak jak kibic w czerwonym kubraczku.


Już lepiej zbudować wielkiego strażaka i koszykarza. Kolarze to z pewnością docenią.


Albo i nie. Bo się powywracają. 


- hej! zobacz! pobrudziła mi się owijka!
- o boże boże i co teraz?!


Teraz na przykład zaczną się bruki.


Miejsca w których co bardziej bystrzy kolarze myślą sobie:


"Cholera, co ja tu robię, ze moją nowiutką szosą, co za kretynizm, kto to potem zareperuje"


"nic tu po mnie, spróbuję się wmieszać w tłum"


"wypisuję się z głupiej gry!"


Zawodnik Treka wypisał się dość gwałtownie


Francuzi za to nie spieszą się specjalnie w tym wyścigu. Podziwiają swoje cuda techniki.


- widzicie? to TGV! Taki pociąg! Najlepszy!


A na trasie kolejne kraksy. Z powodów bardzo prozaicznych.


O! Pieniążek!


Tyle pieniędzy!


Chwilę później kolejny zawodnik Treka zrobił coś zbyt gwałtownie.


Tym razem chodziło o prosty manewr wjechania z chodnika na szosę.


Zgubiła go zbytnia gwałtowność.
Która przewróciła pół grupy. W tym lidera jego ekipy.


Fabiana który z samego czuba gwałtownie wylądował na samej kicie. Kolega z Treka po prostu strzelił samobója. W kolarstwie też się najwidoczniej da to zrobić.


- przepraszam pana, gdzie jest toaleta?



- o tutaj zaraz za rogiem w prawo, polecam, zawsze jest czyściutko.


Tom już trochę zaczął miał dosyć tego całego wyścigu.


Nawet się specjalnie nie żegnając z kolegami pojechał sobie żeby czym prędzej mieć to wszystko za sobą.


Trzema ruchami korby doszedł ucieczkę i znowu na wyścigu zrobiło się na chwilę nudnawo.


Jak na piekło przystało, wszędzie panoszą się przedstawiciele zakazanych profesji.


Na przykład złodzieje rowerów.


Na tyle bezwzględni, że nawet nie pogardzą dziajantami.


Przed którymi nie ma ucieczki ani schronienia.
- Dawaj kask młody!


Tomek tymczasem w odjeździe robi za dusze towarzystwa. 
Opowiada historie ze swoich wędkarskich wypadów.


TAKĄ rybę złowiliśmy!


Mówię Wam, rybki to samo zdrowie. Ja je jem dwa razy dziennie.


Dajcie sobie spokój z tymi żelkami, to chemiczny syf. Na mecie sobie zjemy coś porządnego!


Ehh, no dobra.


A Sagan sobie skacze. Z grupy.


Skacze sobie z rynsztoku na szosę.


I jest COOL.
Czyli jak być COOL lekcja druga. 
Okulary, daszek do tyłu. 10 punktów w 10 punktowej skali bycia COOL.


Dyrektor sportowy Treka gwałtownie podaje bidony swoim zawodnikom, przy okazji zapominając, że jedzie samochodem a nie rowerem. Zapomniał się. Zdarza się.


Tomek dalej przechwala się swoimi zdobyczami.


Co niespecjalnie dobrze wpływa na skuteczność jego ucieczki.


Do której raz dwa dolatuje Piotrek.


Skazując się na wysłuchiwanie opowieści Toma z wędkarskich wypadów.


Co widocznie w ogóle go nie rusza bo czym prędzej odłącza się od tego towarzystwa.


Żarty się skończyły! Ostatnie odcinki brukowe!


Wszyscy faworyci lecą wszystko co mają, zaczyna się prawdziwy spektakl!


Jeden po drugim odpalają prawdziwi mocarze.


I robi się naprawdę gorąco.


Nawet kibice z Tybetu bawią się przednio. W końcu mają pewność, że ich zawodnicy dziś nie przegrają. W końcu ich tu nie ma.


Z tym naparzaniem na koniec to trochę przesada. Trochę się ponaparzali ale fakt faktem wszystko się zjechało i zaczął czas relaksu.


Wesołych rozmów i czerpania przyjemności z jazdy.


Co jest rzecz jasna przykrywką do ostatecznej, decydującej walki na ostatnim, prawdziwym odcinku bruku.


Na którym powinno się wszystko rozegrać.


Ale nie.


Wszyscy przejechali go sobie w rodzinnej atmosferze i nie wydarzyło się nic.


Do mety zostało 6,5 km. Z przodu zostali sami faworyci. Przed nimi już prawie nie ma bruków. Oznacza to jedno - ucztę dla kibica. Atak za atakiem, spawanie, przetrzymywanie, taktyczne, pokerowe zagrywki. Fascynującą batalię.

Tak, zapowiada się niesamowita KOŃCÓWKA!


Pierwszy atakuje Terpstra


"hm, atak, nie, ja to tym razem podziękuję"


Fabian woli sobie zjeść


A Terpstra dla odmiany się zagina.


Odjeżdża.


I wygrywa.

I już.